Po siedemdziesięciu latach w Bieszczadach znów pojawiły się owce, trembity i pasterze. Oczywiście pasterze z podhala po wojnie w Bieszczadach, prowadzony jest także wypas kulturowy – ale redyk, górale w strojach i trembity w jednym czasie się do tej pory nie zdarzyły.  Szkoda, że tylko przejściowo, ponieważ Bieszczady znalazły się na trasie Redyku Karpackiego wiodącego przez niemal cały łuk Karpat. Nie mam pewności czy takie wydarzenie się jeszcze powtórzy – choć żywię taką nadzieję – dlatego bardzo chciałem w nim jakoś uczestniczyć.

Los się uśmiechnął i zostało mi dane. Miałem bowiem zaszczyt prowadzić pasterzy jako przewodnik w ich wędrówce pierwszego dnia redyku w Polsce, w Bieszczadach. Spotkaliśmy się ze sporą gromadką górali polskich z Podhala, Beskidów, górali śląskich – wszyscy w strojach ludowych. Towarzyszyli im także dwaj pasterze -czabani z Rumunii, dwóch ukraińskich Hucułów oraz trzy naprawdę wspaniałe psy pasterskie.

Pasterze swoje owce trzymali około 1km od skrzyżowania na Wołosate. W ich tle pięknie wyglądała Tarnica, dlatego postanowiłem zweryfikować trochę rumuńskie pochodzenia tej nazwy. Jak się okazało czabani rumuńscy nie znali nawet tego słowa, za to żywiołowo odpowiedzieli huculi – „no jasne, znamy – drewniane siodło”.

Podeszliśmy na polankę pod kościołem w Ustrzykach Górnych i po mszy dołączyli do nas pozostali. Zdjęcia, przemowy, piosenki, poświęcenie owiec – oficjalne otwarcie. Zaraz po tym poszliśmy wszyscy w asyście kapeli góralskiej, strażników parkowych na koniach i sporej gromadki widzów w kierunku Przełęczy Wyżniańskiej. Niestety do przełęczy szliśmy drogą, bo jak nas poinformowano szlak konny był zbyt mokry i grząski.

Im bliżej przełęczy, tym mniej ludzi wędrowało z nami. Kiedy dotarliśmy na przełęcz ostatnie oficjalne powitanie, zabrzmiały trembity i z owcami weszliśmy na szlak konny. W moim przekonaniu to moment naprawdę symboliczny – bowiem od czasu wysiedleń te góry nie były świadkami takiego splotu zdarzeń. W jednym miejscu prawdziwi pasterze, dźwięk pasterskich narzędzi muzycznych oraz owce wędrujące pod połoninami. Autentyczna kultura na chwilę wróciła w Bieszczady, a trembity jakby mówiły – „Mija już czas westernu w Bieszczadach, wraca autentyzm”.

Na Przełęczy Wyżniańskiej pożegnaliśmy cały tłum i do samej Górnej Wetlinki – już wyjątkowo ładną trasą szliśmy już bez blasku fleszy.  Od czasu do czasu, kiedy owce musiały się popaść, można było zainstalować się obok borówczysk i najadłszy się do syta położyć na trawie i kontemplować ciszę – która w Bieszczadach składa się z tysięcy dźwięków. Ale trzeba było iść dalej,  konnym szlakiem zeszliśmy do drogi na wysokości miejsca po dworze, kawałek drogą do krzyżówki w Berehach Górnych. Po drodze zostaliśmy bardzo miło przyjęci u bacy, który poczęstował nas sporą ilością pysznych oscypków, kiełbasy, kawą, a pasterzy także palinką.

Na krzyżówce weszliśmy na czerwony szlak. Zmierzchało. Słońce pięknie oświetlało Połoninę Caryńską w tle, łąki Berehów oraz pasterze. Jako, że szedłem z przodu, co chwilkę sięgałem po aparat i robiłem zdjęcia widokom i wydarzeniu, które może się już nie powtórzyć.  Zauważyłem także, pasterzom przypadły do gustu nasze widoki, co raz to bowiem obracali się za siebie i przystawali na chwilkę patrząc na połoniny i puste łąki w dolinach. Także owce nie „narzekały” – trawy było dużo i raczej im smakowała. Na długo zapamiętam zdziwienie turystów schodzących czerwonym szlakiem widzących stado przepędzanych górskich owiec.

– Dzień dobry – witali się z pasterzami.

– Bune ziua – słyszeli w zamian.

Dzień dobiegał końca, więc najkrótszą trasą przemknęliśmy pomiędzy czerwonym szlakiem na żółty szlak, a następnie czarnym do samej Górnej Wetlinki, spotykając po drodze Lutka Pińczuka jadącego „do siebie” swoim wysłużonym UAZem. Doszliśmy zmęczeni całym dniem wędrówki. Huculski pasterz zapytał ile kilometrów zrobiliśmy dzisiaj.

– Około dwadzieścia pięć.

– Mało! – Odpowiedział.

Czas było się pożegnać.  Podziękowałem za miłe towarzystwo pasterzy, nawet przypomniałem sobie ostatnie rumuńskie słowa, których kiedyś uczyłem się na studiach i pożegnałem się z rumuńskimi czabanami w ich własnym języku!

– Mulțumesc  și la revedere!

– La revedere.

Oby…

Paweł Wójcik

 

pawuk.pl